czwartek, 13 lutego 2014

Spóźniona historia początków



Słonko dziś pięknie świeci, a ja otrzymałam od Ciasteczka zdjęcia jej pudełka, które nota bene było moim pierwszym. W takim razie wypadałoby pokazać jak wyglądały moje pierwsze kroczki w decoupage. Ach te emocje pierwszych razów...
Jak już wspominałam, wpadłam na poroniony pomysł podarowania Siostrze pudełka na herbatę na święta. Zaiste genialny pomysł biorąc pod uwagę, że ostatni handmade prezent zrobiłam w okolicach podstawówki i był to bodajże bardzo krzywy, niebieski wąż w żółte cętki z masy solnej. Potem jakoś ręcznie robione prezenty poszły w niepamięć. Może dlatego, że nigdy nie postrzegałam się jako szczególnie uzdolnioną manualnie. Do dziś nie wyszłam poza patyczkowe ludziki i nie odziedziczyłam po Mamie smykałki do fotografii, jak przykładowo Siostra. Mieszkam z dziko uzdolnioną panią grafik i czuję się trochę jak taki ułomek w towarzystwie takiego stada artystycznych ludzi. Co mi bozia dała, to jakiś tam zmysł do układania słów. Ale żeby coś namacalnie twórczego zrobić? A gdzie tam! Zatem decoupage pudełko na prezent było dziwaczną decyzją. Takie wyjście ze strefy bezpieczeństwa, gdzie siedziałam sobie ja i moje pliki tekstowe.



Ambitnie postanowiłam nawet dno pudełka udekorować serwetką. Niezapomniane wrażenia, zważywszy na fakt absolutnie pierwszych kroków w sztuce. Poza tym odkryłam, ze serwetka z kwiatkiem kryje wiele sekretów i dorzuciłam jeszcze dekoracje na wieczku w środku i boku pudełka. No i jak pisałam, wsiąkłam.


Nadrobiłam zaległości pudełkowe, kolejne wpisy będą już o nowszych dokonaniach, które niekoniecznie będą pudełkami. W końcu trzeba iść do przodu i jeszcze tyle do odkrycia przede mną!
Urocze, puchate stworzonko to Cecil, wierny towarzysz Siostry - pożeracz okładek książek i entuzjasta siedzenia w wannie. I przede wszystkim rewelacyjna modelka, jak się okazuje.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Nie takie pechowe pudełko z pawiem


Kupiłam dziś patynę, bo taka jestem niecierpliwa. Z trudem powstrzymałam się od kupienia trzech papierów ryżowych tłumacząc sobie, że w końcu nie mam na nie pomysłu, wrócę po nie z konkretnym planem. Też się nie obawiam, że ktoś mi je wykupi. Obserwuję bardzo uważnie jedyny w okolicy sklep, który ma zaopatrzenie do decoupage i produkty znikają z półek tylko dlatego, że ja je kupuję. Od świąt leżą tam papiery z motywami świętych obrazków. Ja się osobiście nie palę do robienia czegoś ze świętymi obrazkami, więc te skazane są na wieczne niekupienie. Obawiam się, że jestem jedyną osobą zainteresowaną asortymentem tego sklepu w promieniu dziesięciu kilometrów.
Opisane dziś pudełko zrobiłam o dziwo dla siebie. Na urodziny zostało mi sprezentowane surowe, drewniane pudełko z zaleceniem, że czas najwyższy zrobić coś dla siebie. Zwłaszcza, że jak się okazało, nie mam w czym trzymać biżuterii. Przypomina się przysłowie o szewcu, co bez butów chodzi.
Jako, że lubię pawie, decyzja była prosta. Zrobię sobie ciemne pudełko z motywem pawia i pawich piórek, przy okazji pozłocę je bo tego jeszcze nie próbowałam. Nie wiedziałam, że to będzie obkupione taką ilością mocnych wrażeń.


Problem pierwszy - kupiłam ciemnogranatową bejcę, na pudełku była ewidentnie fioletowa. Nie przejęłam się, fiolet też pasował do zamysłu, więc problem z głowy. W takim razie przykleiłam na wieczko tło z ornamentami, a gdy to wyschło, dokleiłam papier ryżowy z pawiem i piórami. Drugi dramat nastąpił zaraz potem. Wbrew moim oczekiwaniom papier nie zrobił się przezroczysty i spod obrazka nie przebijało tło. Obraziłam się na pudełko na bite pół godziny. Dokładnie tle, ile było potrzeba czasu na wyschnięcie kleju i okazanie się, że jednak papier ryżowy zrobił się przezroczysty. W tym momencie przysięgam, że pokochałam go miłością czystą i odwzajemnioną.


Oczywiście, żeby nie było zbyt sielankowo, podczas patynowania na złoto udało mi się zamalować nie tylko pudełko, ale też komputer, kota, biurko i siebie. Kot szczególnie się nie przejął dodatkowymi akcentami kolorystycznymi, ale ja wyskrobać złotych smug spod paznokci i twarzy nie umiałam jeszcze długo. Na bogato wyglądałam, nie powiem. Zwłaszcza, że robiąc rozbryzg w środku i w niektórych miejscach wieczka zapomniałam o prawach fizyki i pierwszy strzał zamiast na pudełko, poszedł na moją twarz. Wracając do świętych obrazków, wyglądałam jak jeden. Ze złotym trądzikiem zamiast aureoli.



Koniec końców, pudełko wyszło lepiej niż się spodziewałam. I wcale ten paw nie był taki pechowy, jak myślałam, że będzie.
Za zdjęcia dziękuję Limonce. Jest niezastąpiona :)


Pudełko zostało zgłoszone do wyzwania w Szufladzie.

niedziela, 9 lutego 2014

O tym jak nie pokochałam papieru do decoupage


Zawsze wszystko robię na opak i staram się przyspieszyć proces. Co tam ćwiczenie na serwetkach i oswojenie się z nimi, czas na coś innego! Od zawsze miałam problem z zatrzymaniem się w jednym miejscu na dłużej. Z decoupage jest podobnie. Z każdą, skończoną rzeczą jak ten ćpun adrenaliny chcę spróbować czegoś nowego. Jakbym nie mogła na moment się skupić na jednej rzeczy...
Po zrobieniu pudełka ze złotym wieczkiem wciąż zostało mi jeszcze jedno do udekorowania. Serwetka została względnie opanowana, w takim razie rzuciłam się na papier do decoupage. Znalazłam śliczny motyw z niezapominajkami, pokochałam go za to jak się nie drze i marszczy pod wpływem kleju i... zdałam sobie sprawę jak bardzo odstaje od pudełka wyglądając, jakby obrazek wcale nie był na nim namalowany. Płacz, lament, zgrzytanie zębów. Nie pokochaliśmy się, oj nie.
Zdaję sobie sprawę, że całe stada twórców decoupage z papierem jest za pan brat i szerzę jakieś herezje teraz, ale ja się nie dałam porwać. Albo inaczej. Dałabym, gdybym miała nie takiego delikatnego motywu jak właśnie niezapominajki. Nie da się wyciąć cieni tak idealnie, żeby nie było widać granicy między papierem, a pudełkiem. Jak będę dekorować coś ciemnego, to oczywiście, że po niego sięgnę. Jednak na jasnym pudle nauczyłam się, że lepiej jednak bawić się w ekwilibrystykę serwetkową. Albo spróbować papieru ryżowego, w końcu co nudne to nie my.


Nie powiem, że nie jestem zadowolona z efektu. Oczywiście, że jestem. Poza tym obdarowana jest zadowolona, więc to chyba jest najważniejsze. Zważywszy, że to nadal pierwsze moje kroczki w dziedzinie, to całkiem nieźle, że moje pudełka nie wyglądają jakby je dekorował ślepy z parkinsonem. To w pewnym sensie rokuje dobrze na przyszłość. Albo powinno, bo w końcu meble to nie przelewki i jak sobie rozwalę szafę, to pretensje będę mogła mieć tylko do siebie. Ale i tak będę ją kochać, tak jak zjadłam moją pierwszą w życiu jajecznicę, której zawartość węgla poprzez spalenie była znacznie wyższa niż dzienne zapotrzebowanie na ten pierwiastek. Tak to już jest. Jak sobie coś człowiek sam zrobi, jak bardzo by to nie było spalone lub krzywo udekorowane, z godnością przełknie porażkę. Dosłownie lub w przenośni.
Szczerze mówiąc, najbardziej z wszystkiego lubię lakierowanie. Lubię to poczucie, że za którąś warstwą nagle całe pudełko jest tak cudownie gładkie, że mogę je miziać kolejne godziny. Nic nie daje takiej satysfakcji jak dotyk idealnie wygładzonej powierzchni.
Poza tym, nie da się zaprzeczyć, że modelka prezentuje się w pudełku zacnie.


Ponownie, zdjęcia wykonała dla mnie Limonka, za co jestem jej gorąco wdzięczna. I tym oto optymistycznym akcentem kicam kleić ten papier ryżowy, bo jak już wspomniałam, trudno mi zatrzymać się przy jednej rzeczy na dłużej.

sobota, 8 lutego 2014

Od czegoś trzeba zacząć


Nosiło mnie z założeniem tego bloga już jakiś czas. Albo raczej nosiło wszystkich wokół, ze mną włącznie. Jedyne co mi stało na przeszkodzie to smutny fakt, że moje zdolności fotograficzne oscylują w okolicach zera i absolutnie wszystko, co kiedykolwiek próbowałam sfotografować, bez względu na sprzęt, wyglądało jakby zdjęcie było zrobione ziemniakiem. Nie dano mi talentu do fotografii, poszukałam sobie innego zajęcia. I właśnie o tym zajęciu będzie ten blog.

Dlaczego decoupage? Powód niesamowicie prozaiczny. W domu czekały na mnie (i nadal czekają) meble do odświeżenia. Miałam do wyboru: wywalić je lub uratować. Ktoś kiedyś powiedział, że ponoć mam zdolności manualne i może bym spróbowała decoupage. Do pomysłu podeszłam sceptycznie, bo sztuka ta wydawała mi się zbyt precyzyjna jak na mnie. Ale kto nie spróbuje, ten się nie dowie. Nie byłam na szczęście aż taka nierozważna, żeby od razu rzucać się na mebel. Sosnowe pudełko na wstępie powinno starczyć. Zaopatrzyłam się w niezbędne minimum dekoracyjne i postanowiłam spróbować swoich sił.

W życiu się tyle nie naklęłam i nie napociłam ze strachu.

Farba nierówno położona, przykleiłam przypadkiem kota do schnącego lakieru, serwetka się podarła. Istna apokalipsa w pigułce. Ile widziałam filmów instruktażowych i forów przeczytałam, wszystkie osoby zajmujące się decoupage emanowały wewnętrznym spokojem i opanowaniem. Praca dla cierpliwych i zrównoważonych. Zdecydowanie nie dla mnie, bo ja i bez kawy biegam po suficie. Ale postanowiłam się zaprzeć i przeklęte pudełko skończyć. Też miało być na prezent, więc stawka była wysoka. Jakimś cudem udało mi się skończyć i, o dziwo, byłam zadowolona z efektu. I co jeszcze ciekawsze, poczułam dziwną potrzebę udekorowania czegoś znowu. Decoupage, jak bardzo by mnie nie wyprowadzał z równowagi podczas pracy (soczyste szczegóły w kolejnych wpisach), okazał się całkiem niezłą terapią. I uzależnieniem, z czym się nawet nie będę kryła.

Pierwsze moje dokonanie pojechało za Wielką Wodę do siostry, więc dziś przedstawię drugie. Pudełko również na prezent, którego pomysł był dość prosty. Ale zakochałam się w serwetce i musiałam ją wykorzystać. Jak to z każdymi początkami, stawiam małe kroczki i nie bawiłam się w żadne ekstrawagancje. Ot, pudełeczko udekorowane w bardzo prosty sposób.


Pudełko zabejcowane i polakierowane na wysoki połysk. Aktualnie służy za pojemnik na biżuterię i ma się całkiem dobrze. Mieszkam z nim i jego nową właścicielką. Kolejna para kolczyków uratowana!


Jak pewnie da się zauważyć, na zdjęciach pozuje nam puchata modelka. Pomysł nie mój, a kochanej Limonki, która również wykonała te fantastyczne fotografie. Modelka miała koleżanki, które dumnie prezentują się poniżej. I zapowiadają mniej więcej jak kolorystycznie będą wyglądać pudełka, które pojawią się w kolejnych notkach.


I tym oto optymistycznym akcentem kończę i życzę miłego, sobotniego popołudnia.