Nosiło mnie z założeniem tego bloga już jakiś czas. Albo raczej nosiło wszystkich wokół, ze mną włącznie. Jedyne co mi stało na przeszkodzie to smutny fakt, że moje zdolności fotograficzne oscylują w okolicach zera i absolutnie wszystko, co kiedykolwiek próbowałam sfotografować, bez względu na sprzęt, wyglądało jakby zdjęcie było zrobione ziemniakiem. Nie dano mi talentu do fotografii, poszukałam sobie innego zajęcia. I właśnie o tym zajęciu będzie ten blog.
Dlaczego decoupage? Powód niesamowicie prozaiczny. W domu czekały na mnie (i nadal czekają) meble do odświeżenia. Miałam do wyboru: wywalić je lub uratować. Ktoś kiedyś powiedział, że ponoć mam zdolności manualne i może bym spróbowała decoupage. Do pomysłu podeszłam sceptycznie, bo sztuka ta wydawała mi się zbyt precyzyjna jak na mnie. Ale kto nie spróbuje, ten się nie dowie. Nie byłam na szczęście aż taka nierozważna, żeby od razu rzucać się na mebel. Sosnowe pudełko na wstępie powinno starczyć. Zaopatrzyłam się w niezbędne minimum dekoracyjne i postanowiłam spróbować swoich sił.
W życiu się tyle nie naklęłam i nie napociłam ze strachu.
Farba nierówno położona, przykleiłam przypadkiem kota do schnącego lakieru, serwetka się podarła. Istna apokalipsa w pigułce. Ile widziałam filmów instruktażowych i forów przeczytałam, wszystkie osoby zajmujące się decoupage emanowały wewnętrznym spokojem i opanowaniem. Praca dla cierpliwych i zrównoważonych. Zdecydowanie nie dla mnie, bo ja i bez kawy biegam po suficie. Ale postanowiłam się zaprzeć i przeklęte pudełko skończyć. Też miało być na prezent, więc stawka była wysoka. Jakimś cudem udało mi się skończyć i, o dziwo, byłam zadowolona z efektu. I co jeszcze ciekawsze, poczułam dziwną potrzebę udekorowania czegoś znowu. Decoupage, jak bardzo by mnie nie wyprowadzał z równowagi podczas pracy (soczyste szczegóły w kolejnych wpisach), okazał się całkiem niezłą terapią. I uzależnieniem, z czym się nawet nie będę kryła.
Pierwsze moje dokonanie pojechało za Wielką Wodę do siostry, więc dziś przedstawię drugie. Pudełko również na prezent, którego pomysł był dość prosty. Ale zakochałam się w serwetce i musiałam ją wykorzystać. Jak to z każdymi początkami, stawiam małe kroczki i nie bawiłam się w żadne ekstrawagancje. Ot, pudełeczko udekorowane w bardzo prosty sposób.
Jak pewnie da się zauważyć, na zdjęciach pozuje nam puchata modelka. Pomysł nie mój, a kochanej Limonki, która również wykonała te fantastyczne fotografie. Modelka miała koleżanki, które dumnie prezentują się poniżej. I zapowiadają mniej więcej jak kolorystycznie będą wyglądać pudełka, które pojawią się w kolejnych notkach.
I tym oto optymistycznym akcentem kończę i życzę miłego, sobotniego popołudnia.

Fox. Gratuluję znalezienia nowej pasji. Pudełka są piękne. A biorąc pod uwagę zerowe doświadczenie, to zamiatam czapką podłogę. I proszę o więcej:))
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo :D I będzie więcej, w końcu inne modelki muszą się wykazać ;]
UsuńBuziol!
Piekne! Chcemy WIECEJ!
OdpowiedzUsuńBędzie! :D
Usuń